Kategorie

  • Brak kategorii

Archiwa

żyję!

Żyję, więc wypadałoby tu zajrzeć czasem i zostawić czasem jakąś kropkę.

no to hop

Na ownlog.
Trochę żal, ale…

słowo na dziś

Czasem jest smutno. Tak, że klawiatura nie chce przyjmować słów.

To dziś wierszem.

 

 

 

Ernest Bryll

BOŻE NARODZENIE

Kiedy dziecko się rodzi i na świat przychodzi

Jest jak Bóg, co powietrzem nagle się zakrztusił

I poczuł, że ma ciało, że w ciemnościach brodzi

Że boi się człowiekiem być. I że być musi

Wokół radość. Kolędy szeleszczące złotko

Najbliżsi jak pasterze wpatrują się w Niego

I śmiech matki – bo dziecko przeciąga się słodko

 

A ono się układa do krzyża swojego

siedem miesięcy dwa dni

Po pierwsze: czy jest jakaś możliwość przeniesienia archiwum Gdziekolwiek Indziej? Poza archiwum niestety nic mnie tu już nie trzyma. Niestety przenoszenie ręczne 698 wpisów będzie mordęgą… A stracić dziewięciu lat życia jednak bym nie chciała.

Po drugie: powrót do pracy. Pierwszy tydzień za mną. Huśtawka. Pierwszego dnia wróciłam do domu kompletnie załamana, rozpieprzona na drobne kawałeczki i z mocnym przekonaniem, że rzucam to pod pierwszym lepszym pretekstem. Bo wróciły stare: dogadanie się z szefem graniczy z cudem, nikt nie wie, czego gość chce, a najbardziej nie wie on sam. Wiadomo tylko, że na pewno nie tego, co chciał jeszcze miesiąc temu. I że w ogóle wszyscy wokół są beznadziejni.
We wtorek podobnie. A po południu okazało się, że jeszcze trochę inaczej: jest temat, który trzeba zrobić na już, na okładkę, i nie ma komu. I oczywiście nieważne, że się nie znam, nie pierwszy to raz mam pisać o czymś, o czym nie mam pojęcia.
I tak dwa kolejne dni minęły mi na pisaniu okładki w szaleńczym tempie, w pokoju dziecięcym, który na razie nadal jest pokojem szczurzym, a za biurko robi mi deska do prasowania*.
W piątek w południe oddałam tekst, który o dziwo wyszedł całkiem przyzwoicie i został zaakceptowany bez poprawek.
I tym sposobem znowu uratowałam świat przed zagładą a redakcję przed brakiem tekstu na okładkę.
I przypomniałam sobie, że co jak co, ale tę adrenalinę i ściganie się z czasem – lubię.
Nie znoszę szefa, kontakt z nim przyprawia mnie o ból żołądka i mdłości. Ale działanie, bieganie, rzucanie telefonem i pędzenie na drugi koniec Warszawy, bo pani profesor zgodziła się spotkać, ale wyłącznie natychmiast – kręci mnie to, nadal.
A co będzie dalej – tego nie wie nikt…

Po trzecie: młoda raczkuje w tempie bolida Kubicy, wstaje, drepcze przy barierce łóżeczka, w kilka minut przechodząc cały jego obwód. Kiedy widzi mnie po kilku godzinach mojej nieobecności, cieszy się całą sobą, przytula się do mnie i nie opuszcza mnie na krok. Jest doskonała.

* W redakcji się pisać nie da, bo a) atmosfera nie sprzyja, b)temperatura również, ogrzewania brak i mamy 13-15 stopni.

***

Kilka dni temu napisałam szczegółową notkę o tym, jak zbiera się do raczkowania. Jak najpierw pełzała do tyłu, potem do przodu, kiwała się na czworakach, nieporadnie i z ciągnęła plączącymi się kończynami.

Notkę zjadło, a ja nie miałam czasu jej powtórzyć.

I poszło. Teraz już nieaktualne. Młoda w niedzielę zaczęła plątać się trochę mniej, z dnia na dzień ruszała do przodu szybciej – a teraz raczkuje w najlepsze. Przed siebie, wciąż przed siebie. Wciśnie się wszędzie, najchętniej tam, gdzie jej nie pozwalam. Stara się, ku mojemu przerażeniu, podciągać do góry i nie słucha tłumaczeń, że na to jeszcze za wcześnie. Jest tak strasznie hop do przodu. Mały żywioł.

Uwielbiam jej uśmiech.

O matko, ja nie chcę do pracy!

Wkurza mnie ten nowy blog niemożebnie. Setki spamowych komentarzy, zaginione linki. I jak tu się blokuje archiwum?

Czasu coraz mniej. Jeszcze tylko przez krótkie, za krótkie pięć i pół tygodnia jestem z młodą w domu. I tak wyszło ciut lepiej, niż myślałam, trochę więcej urlopu, niż sobie wyliczałam – i wracam z początkiem grudnia. Opiekunka wstępnie wybrana, zobaczymy, czy się sprawdzi. Oprócz tego deklarowana pomoc teścia (na emeryturze) i mojej mamy (pracuje do 15.30). Zobaczymy, jak wyjdzie w praktyce.
Nie wiedziałam, że z powrotem do pracy będą się wiązać aż tak ambiwaletne uczucia. Z jednej strony: czas najwyższy, bo bycie pełnoetatową panią domu zdecydowanie nie jest dla mnie. No i kasa, na macierzyńskim dostaję o połowę mniej (bo odpadają wierszówki), więc suma głodowa, ciągniemy z oszczędności.
Ale – lubię czas z nią. Codziennie jest inna, nowa. Potrzebuje mnie, bo przecież to ja znam ją najlepiej. Budzi się lęk: opiekunkę mamy nieznaną, z ogłoszenia. Niepokoje. Czy dam radę dalej karmić piersią? Zależy mi bardzo, ale – jak?
No i stres pracowy już czyha, już się czai za drzawiami. Praca już wcześniej zabierała za dużo czasu, jak to zrobić, żeby zostało go dość dla Gaby?
No i spanie: czy przy moim budzącym się w nocy co chwilę dziecku dam radę myśleć?
A ona, nieświadoma, pełza po pokoju. Pakuje sobie do buzi zaślinione rączki. Staje na czworakach i kiwa się: do przodu, do tyłu, do przodu, do tyłu. Coraz częściej udaje jej się z brzucha przekręcić z powrotem na plecki.

skończyła pięć miesięcy

W sobotę skończyła. Strasznie szybko to minęło. Patrzę na nią: uśmiechnięta, zainteresowana światem dziewczynka, w niewielkim stopniu przypominająca wrzeszczącego, wiotkiego noworodka, przy któym płakałam w maju, przytłoczona nową sytuacją i własnymi hormonami.

Towarzyska jest bardzo, im więcej twarzy wokół, tym lepiej. I niech te twarze się do niej uśmiechają, niech zagadują, a jeszcze lepiej – niech towarzyszą im noszące ręce. I niech te twarze mają okulary, któe można ściągnąć, i włosy, za które się szarpie.

Ruchliwa. Od miesiąca przekręca się bez problemu na brzuszek, najpierw tylko  rpzez lewy bok, teraz już przez oba.  Z powrotem jeszcze nie umie. Zresztą na plecach i tak leży niechętnie, chyba że akurat skupi się na ściąganiu i zjadaniu skarpetek. Bardzo chce na czworaki, unosi pupkę na chwilę i złości się, że dłużej nie może. Ale i tak jest lepiej, jeszcze tydzień temu przy takim podnoszeniu opierała się buzią o kocyk, wyglądając jak larwa. Teraz zatrzymuje się chwilkę na wyprostowanych rączkach. Jeszcze trochę…

Zasypia niestety nie we własnym łóżeczku, tylko bujana na piłce, przy wtórze szumu albo ścieżki z Blues Brothers. Ostatnio dołączył jeszcze Pink Floyd, też działa. W nocy, niestety, budzi się często. Trochę lepiej jest, kiedy śpi z nami w łóżku – albo ona się czuje spokojniejsza i budzi się rzadziej, albo po prostu ja na śpiocha wpycham jej cycek w buzię i nawet tego nie zauważam.

Odkryła humor sytuacyjny! Do tej pory jedyną metodą wywołania u niej głośnego śmiechu było łaskotanie, trąbienie w brzuszek, w szyję, podnoszenie do góry – najlepiej wszystko na raz. W sobotę za to usmiała się po kokardy z szeleszczącego opakowania chusteczek higienicznych. Nie miałam pojęcia, że to szeleszczenie może być tak zabawne.

Uwielbia basen. Coś fantastycznego: wchodzimy do wody, jest skupiona i obserwuje szeroko otwartymi oczami wszystko wokół. Później rozluźnia się coraz bardziej i wreszcie uśmiecha szeroko przy każdym kolejnym ćwiczeniu, żeby pod koniec pokrzykiwać z radości.

Kilka dni temu dostała swoją pierwszą marchewkę, ostatnio doszedł ziemniak. Najpierw miała spojrzenie mówiące „matka, co ty mi robisz?”, ale szybko jej minęło. Aktualnie z radością ściąga papkę z łyżeczki i o dziwo więcej jedzenia zostaje w Gabrysi niż na śliniaku/bluzeczce/mamie/podłodze.  Planowałam czekać do końca 6. miesiąca, ale po przeanalizowaniu argumentów lekarzy uznałam, że jednak warto spróbować.

Jesień z nią jest całkiem inna.

same dobre wieści

Po pierwsze: wyprostowaliśmy asymetrię. Mała rozwija się pięknie, jest aktywna, ruchliwa i w ogóle taka „hop do przodu”. Następna wizyta u rehabilitantki – kontrolna – za dwa miesiące.

Po drugie: byłyśmy dziś u alergologa. Pani alergolog potwierziła to, co powiedział wcześniej Jedyny Dobry Pediatra: alergii nie ma. Co nie znaczy oczywiście, że jej nie będzie – ryzyko jest duże, bo rodzice alergiczni – ale na razie wszystko jest w porządku. W związku z tym mam jeść absolutnie wszystko.

I zacząć jej już rozszerzać dietę, pani alergolog (bardzo ogarnięta i rozsądna kobitka) potwierdziła znów słowa Jedynego Dobrego: przy jej wynikach krwi dobrze jednak zacząć wprowadzać wcześniej nowe pokarmy.

Trochę zła na siebie jestem, że zaczęłam Gabie – za radą innych pediatrów – podawać żelazo, pewnie mogłoby się bez tego obyć. Przy ewentualnym drugim dziecku będę mądrzejsza.

W każdym razie jest dobrze, młodą mi chwalą, więc rosnę w dumę.

No i skończył się nam chyba skok rozwojowy, znów mam fajne, współpracujące niemowlę, uśmiechnięte i zadowolone z życia.

A że w nocy śpi kiepsko, to już inna bajka. Wybaczam, wobec wszystkich pozytywów.

niech im jaja uschną

Tym, którzy włamali się do moich rodziców i zabrali wszystko, co wpadło im w ręce. Biżuterię (w tym obrączkę i pierścionek zareczynowy mamy), aparaty fotograficzne (łącznie z ukochanym 30-letnim Zenithem taty), nawet, kufa, fajką.
Strasznie smutno.

***

Kiedy już kompletnie mam jej dość nagle następuje zwrot o 180 stopni i jeden dzień – tylko jeden, ale za to jaki! Dziecko jest słodkie jak miód, najcudowniejsze, najbardziej uśmiechnięte niemowlę świata. Zwłaszcza wtedy, kiedy akurat idziemy na basen. Na basenie jest sama radość i prześliczny, błogi wyraz twarzy.
Dobrze, że są i takie chwile. Ładują na długo i pozwalają przetrwać dni z wrzaskiem.

Jeszcze niecałe dwa miesiące do powrotu do pracy. Trochę mnie przeraża organizacja tego wszystkiego. Boję się, jak damy sobie radę – ale cóż, nie ma wyjścia, więc podołam.
Szukam opiekunki na kilkanaście godzin w tygodniu, może macie kogoś godnego polecenia?

***
Z innej beczki: jaki kraj, tacy Kate i William. Którykolwiek portal otworzę – relacja ze ślubi Kwaśniewskiej. Czekam, aż producenci pamiątek zrobią monety z jej wizerunkiem i zaczną sprzedawać turystom okolicznościowe kubki.