Gdzie ten zapiekły, gorzki poeta?
Umarł i poszedł na etat.
[J.Kofta]
2012-01-29 11:45:30
odpoczynku...
Padam na pysk. Spędziłam dwa i pół tygodnia na pracy (i dupa z tym dystansem i brakiem stresu, powiem szczerze), jednoczesnie zaczęłam szkołę rodzenia - niby nic, ale kolejne godziny pozajmowane, czas pokrojony na kawałeczki - a co drugi weekend szkolenie (o, np. właśnie w tej chwili siedzę i próbuję słuchać wykładowcy. Z marnym skutkiem zresztą, bo stopień zmęczenia pozwala tylko na bezmyślne przepisywanie z tablicy, na myślenie i kontaktowanie już mnie nie stać).
W zasadzie nic takiego, ale czuję się, jakbym tonę węgla przerzuciła.
Dziś jeszcze niecałe cztery godziny (ale w tym przerwa na obiad), potem wizyta u dziadków, kilka usmiechów i wreszcie do domu, gdzie wypadałoby wreszcie w chłopu w sprzątaniu pomóc, bo ostatnio wszystko spada na niego, więc chociaż kibel od czasu do czasu wypadałoby umyć.
I znów o 21. pójdę do łóżka, mając siłę jedynie na słuchanie audiobooka. Nawet czytanie odpada, bo oczy wysiadają i po godzinach przed monitorem nie mają siły na literki.
Jutro od rana biegnę na wywiad. Na szczęście przynajmniej dziedzina ostatnio ulubiona. Ulubiona też dlatego, że szef nie ma o tym pojęcia, więc się nie może przyczepić, że cos jest nie tak.
Ku pamięci: od kilku dni pojawiła się Zachcianka. Godne odnotowania, bo do tej pory ich wlaściwie nie było. Bita śmietana. Prawdziwa, wlasnoręcznie wymiksowana, absolutnie nie z chemicznych sprayów. Z lodami, galaretką, owocami, wszystko jedno. Dziwne o tyle, że dotąd słodycze były raczej w odwrocie. Ale wolno mi. Na wadze od początku +4 kg.
skomentuj (1)
2012-01-23 18:59:37
***
Znaczy wiecie, z tym dystansem to nie do końca tak.
On jest, ale tylko dlatego, że mam świadomość ograniczonego czasu, w jakim muszę męczyć się z pracą. Jeśli wszystko będzie bardzo, bardzo dobrze - do Wielkanocy, czyli koniec 8. miesiąca. Potem już chyba tak czy inaczej nie dałabym rady. A to i tak bardzo ambitna wersja, trochę już przestałam w nią wierzyć... Po drodze jeszcze kilka wizyt u lekarza - i zobaczymy.
Dystans bierze się też stąd, że nie muszę siedzieć w redakcji. Siedzenie w redakcji to zło. W redakcji jest szef. A szef zajmuje sie ostatnio głównie pretensjami. O wszystko. Obrywa sie każdemu, kto jest pod ręką. Nieważne, czy zawinił on, czy ktoś inny - innego akurat pod ręką nie ma, więc skorzystamy z okazji, ten tutaj na pewno też jest czemuś winny.
A zatem napięcie jest nadal, a myśl, że muszę się tam jednak czasem pojawiać, wciąż powoduje stres. I pewnie się go nie pozbędę. Tym bardziej kiedy mam świadomość, że dokładnie wszystko, co robię - będzie złe. Nie tak piszę, nie takie tematy zgłaszam, nie z tymi osobami rozmawiam, nie w ten sposób, źleźleźle.
Sama przyjemność, nie?
Znajdę jesienią coś innego, powtarzam to sobie jak mantrę. Znajdę. Tym razem na pewno.
skomentuj (2)
2012-01-18 09:14:44
***
Z imieniem to Was potrzymam jeszcze w niepewności. Na razie memłam je sobie w ustach, dopasowuję do nazwiska, wymawiam na próbę.
W propozycjach się nie pojawiło, nikt nie trafił.
---
Wróciłam do pracy. Nie wiem jeszcze, na jak długo, to się okaże. O ile na początku ciąży twardo twierdziłam, że będę pracować jak najdlużej i jeśli nic się nie wydarzy, to dopiero ok. 36 tygodnia zrobię przerwę, to teraz nie mówię nic na pewno. Okazało się, że ciąża, nawet ta w zasadzie zdrowa, nie jest tak przewidywalna, jak mogło się wydawać. Na razie jestem, żyję, pracuję, piszę. I dobrze. Do maja jeszcze cztery miesiące. Nie wiem, ile z tego przepracuję, wiem, że nie chcę uschnąć w domu. Pan doktor się zdziwił, bo już zaczął wypisywać kolejne zwolnienie - ot tak, z rozpędu.
Co nie zmienia faktu, że dobrze, że mnie nie było w grudniu. Ominął mnie najgorszy okres, największe burze ze strony szefostwa. Teraz jest spokojniej, przynajmniej o ile nie trzeba być na miejscu. Siedzę zatem, klepię w klawiaturę z domu. Jednocześnie i tak jest intensywnie: zaczęliśmy szkołę rodzenia, co zajmuje nam dwa popołudnia w tygodniu, a w każde pozostałe też coś jest, poustawiane dni, godziny w rządku. Bo pan od szafy, bo wizyta gdzieś, bo coś. No i do końca lutego szkolenia co dwa tygodnie.
Dzieje się. Znów się dzieje.
A ja w tym wszystkim trochę inna. Spokojniejsza. Jednak. Inne spojrzenie. Na wczorajszego maila z redakcji, że tekst nie taki, że źle, że mam dzwonić i ustalać, w normalnej sytuacji zareagowałabym ściskiem w gardle. Ale nie. Oddech, spokój, wszystko sie da. Się zrobi. Ja zrobię. I bez nerwów zrobi się równie dobrze jak z nimi.
Lubię być w ciąży.
skomentuj (4)
2012-01-08 09:29:57
imię :)
No dobra, ja mam swój typ, ale jeszcze nie jest stuprocentowo zatwierdzony. Jeśli macie pomysły - otwieram pole do popisu!
warunki: nie wydumane, nie z pierwszej dziesiątki popularności, ma pasować do nazwiska (podwójnego, przypominam, więc z długością też przesadzać nie należy, choć akurat mój typ bardzo króciutki nie jest).
Nagroda - prawo do zmieniania pieluch co drugi weekend do ukończenia 1 roku życia.
Start.
skomentuj (17)
2012-01-06 11:41:31
It's a girl!
Wczoraj Młode zyskało nowy kształt.
Dziewczynki.
A ja nadal nie dowierzam. Oglądam prenatalne porno, czyli to, co według Pana Doktora jest strategicznymi częściami córki - i zastanawiam się, czy na pewno.
No bo łorany cieszę się niesamowicie i mi łzy w oczach stanęły, ale pewność zyskam dopiero, jak zobaczę Ją na żywo. Bliżsi i dalsi znajomi zasypują mnie opowieściami o chłopcu, co miał być dziewczynką, i odwrotnie. A ja raz po raz odtwarzam film.
Film z moją córką.
Moją śliczną, maleńką córką. Która znów nie chciała współpracować z Panem Doktorem i uciekała od aparatury. Która chowała buzię pod rączkami. Która na trójwymiarowym obrazku robi facepalm.
Ma takie ładne usta. I nosek. Może nie wrodzi się w mamę i zostanie jej taki ładny i malutki?
Wzruszam się i cieszę, i sama nie wiem, co jeszcze czuję.
skomentuj (11)
|